Zen i marchewki

Zen i marchewki

 

Co ma wspólnego zen z marchewką? 

Zen rozumiem jako pewien stan ducha. Polega on na dojściu do takiego momentu, w którym przyjmuję wszystko takim, jakie jest. To wewnętrzny stan spokoju, równowagi i dystansu, w którym nie mam już potrzeby osądzania i interpretacji. To taki moment, w którym pojawiające się myśli nic mi nie robią. Stan, który może brzmieć niemal jak oświecenie, czyż nie?  😉

Dlaczego o tym piszę? Niedawno coś odkryłam. Tu nie chodzi o osiąganie stanu oświecenia. Pójdę dalej. Tu nie chodzi nawet o nazywanie tego stanu oświeceniem czy czymś mistycznym. Ponieważ mój racjonalny umysł od razu wyłapie to jako coś nieosiągalnego. Bo jeśli pomyślę, że potrzebuję dojść do stanu oświecenia, to już na poziomie myśli jest to dla mnie tak odległe, tak „nierzeczywiste”, że nawet nie chce mi się założyć butów a co dopiero wyjść po to, żeby dotrzeć do tego stanu. Ubierając to w metaforę, to trochę jest tak jakbym myślała o tym, że chcę wejść na Mount Everest. Tylko bym chciała. I już.

W czym zatem rzecz? Prawie rok temu byłam na dwutygodniowym kursie jogi. Program przewidywał  m.in. 1,5 godziny pracy fizycznej. Była to tzw. karma joga. Codziennie pracowaliśmy w polu, w ogrodzie, w stajni czy przygotowując posiłki. Mogliśmy wybrać. Ja najczęściej pracowałam w polu. Pisząc o tym, wraca do mnie obraz kiedy siedzę wsród marchewek w kompletnym skupieniu i ciszy. Wyrywam chwasty. Niby nic ciekawego. No właśnie. I w tym miejscu zaczyna się magia.

Tu nie chodzi o pielenie marchewek. Tu chodzi, o to czego ja się o sobie dowiaduję, czego jak się uczę pieląc te marchewki. Skupienie towarzyszące tej pracy dało mi przestrzeń do tego, że zaczęłam dostrzegać szerszy kontekst. Chodzi o to, że zorientowałam się o co w tym wszystkim chodzi (czytaj: w życiu). Stan zen to dla mnie właśnie kapnięcie się po co ja pielę te marchewki. Celem nie staje się wówczas osiągniecie Mount Everestu ale wejście na drogę, która prowadzi na szczyt poprzez postawienie pierwszego kroku. 

Stanem ducha zen jest zatem wiedzieć po co to wszystko, kapnąć się. Zen zaczyna się od marchewki. Od tej z pozoru błahej czynności, którą wykonuję każdego dnia. A ona zawiera coś więcej. Zawiera informację o mnie samej.

Gdybym miała przenieść moje rozważania na grunt codziennego życia to mogłabym postawić pytanie na przykład tak: Czego ja się o sobie dowiaduję będąc w tej konkretnej relacji? Robiąc coś, myśląc o czymś, mówiąc coś czy reagując w taki właśnie sposób?

Czego się zatem o sobie dowiedziałam pieląc marchewki? 

Wszystko nabiera takiego znaczenia jakie temu nadam. Jeśli nie nadaję wartości drobnym rzeczom, sprawom, wydarzeniom, działaniom to nie nadam również znaczenia tym większym, które dzieją się w moim życiu. W konsekwencji nie nadam wartości wszystkiemu co przeżywam w życiu.

Jeśli nie odczuwam wdzięczności w najdrobniejszych sprawach, które składają się na moje życie to wówczas wyruszam na Mount Everest bez przygotowania, bez zrobienia pierwszego, najmniejszego kroku. Bo przeoczyłam znaczenie tego pierwszego kroku uznając go za nieistotny. A tak naprawdę ma on najważniejsze znaczenie. Kolejny też. I kolejny…

 

Co jest zatem sensem życia? Życie pełne sensu.