Dzieci i emocje

 

Za mną kolejne doświadczenie pracy z dziećmi. Wyjazdy na obozy to dla mnie doskonała wiedza w pigułce o nas i naszych zachowaniach. Zawsze jadę po to, by zrozumieć, dowiedzieć się, nazwać coś. I dać to, co mogę dać tym małym ludziom 🙂

To był czas ciekawy pod wieloma względami. Zaobserwowałam bardzo ciekawy proces:

 

JESTEŚMY RÓŻNI ALE W JEDNYM NIE RÓŻNI NAS NIC

W różnej formie czy intensywności ale wszyscy potrzebujemy tego samego – miłości, bliskości, zrozumienia, zauważenia, docenienia, wdzięczności. Tych wszystkich potrzeb, które składają się na naszą autentyczność, bycie prawdziwym i zdolność do przeżywania życia.

Poranek. Wchodzę do pokoju, żeby zawołać dziewczyny na śniadanie. Pod łóżkiem leży Zośka i szlocha. Zachowuję całkowity spokój. Reszta zaczyna tłumaczyć zaistniałą sytuację. „Zosia się obraziła, bo …” Lecą litanie i wyjaśnienia. Już wiem, że w tym momencie słowa nie są potrzebne.

„Idźcie na śniadanie, my zaraz przyjdziemy” – mówię do dziewczyn.

Siadam na łóżku obok i nie robię nic. Pierwszy raz odkąd jeżdżę na obozy, tak bardzo silnie zaczyna prowadzić mnie intuicja. Po minucie spod łóżka wygrzebuje się zapłakana i zasmarkana Zosia – prawdziwa, szczera i totalnie autentyczna. Gramoli się na mnie i zaczyna się do mnie przytulać. Ja nadal milczę. Przytulam ją. Daję jej obecność. Ten gest, kiedy jest blisko mnie powoduje, że zaczyna jeszcze bardziej płakać. Właśnie w tym momencie czuje się widziana. „To wszystko co się dzieje jest potrzebne i dobre” – myślę sobie, wierzę w to całkowicie i ufam temu co się wydarza. Ważne zaczyna być połączenie jakie między nami następuje zwane zrozumieniem.

Siedzimy tak kilka minut. Ona wtulona we mnie, ja totalnie wzruszona tą sytuacją (tak –  miałam łzy w oczach). Nie wiem jak to jest, ale cały proces dzieje się sam. Ja nic nie muszę mówić, Zosia nic nie musi usłyszeć. Czuję, że tak jak jest, jest dobrze.

Czuję jak zaczyna się powoli uspokajać. Zaczyna oddychać w tempie w jakim ja oddycham a szloch powoli zanika.

„Chciałam coś powiedzieć”- mówi. I zaczyna, a ja słucham. Wyjaśnia mi, o co jej chodziło. Ja wiem, że gra nie jest warta świeczki, że tak naprawdę nie było powodu by aż tak przeżywać to co się wydarzyło. Wiem, bo już wiele doświadczyłam i jestem kilka kroków dalej niż Zosia w drodze jaką jest życie. Ale ona ma swoją drogę i potrzebuje właśnie teraz się obrazić, wypłakać  i w końcu całkowicie to z siebie wywalić, żeby nie utknęło, by nie zrobiło niepotrzebnej blokady. W tamtej chwili nie mogłam tego zatrzymywać. Dopiero całkowity spokój w środku daje przestrzeń do poszukiwania rozwiązań.

I tak, już spokojne zeszłyśmy na śniadanie. Umówiłyśmy się, że obgadamy tą sytuację wspólnie z dziewczynami. Ale już potem nie było takiej potrzeby … Dziewczyny znów zaczęły się ze sobą bawić i temat minął. To nie był czas na rozwiązanie sporu, bo to nie o spór chodziło. To był czas na bycie i wspólne przeżywanie. Tego miała nas nauczyć ta lekcja.

Dzieci są autentyczne. Tak jak potrafią płakać, tak potrafią się śmiać. To my dorośli zakładamy miliony masek na różne okazje. Autentyczności i doświadczania życia uczmy się od dzieci. Właściwie to nie musimy się tego uczyć, bo to umiemy, też byliśmy dziećmi. Potrzebujemy to sobie tylko lub aż – przypomnieć 🙂 W zamian dajmy im swoje doświadczenie i mądrość, bo trochę wcześniej niż one zaczęliśmy podążać drogą zwaną życiem.

Resztę historii pozostawię nam, uczestnikom wspólnych obozowych doświadczeń i wielu, wielu przygód 😉

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *